czwartek, 3 października 2013

MALE SKANDALE WIELKICH BRUDASÓW - I ODWROTNIE :) - III

CZYSTY BRUD


Kura za kapiel

W XVII-wiecznej Warszawie istniały co prawda laznie publiczne, ale korzystanie z nich nie było tanie. Darmowe kapiele przyslugiwały jedynie zakonnikom i funkcjonariuszom miejskim. Bywało wiec, że mozni w ramach dobroczynnosci oplacali kapiel pensjonariuszom przytulków.

W domach również kąpiele były przywilejem zamożnych. Przede wszystkim ze względu na brak wody. Ta ze studni była twarda i cuchnąca, natomiast za beczkę dobrej wody rozwożonej przez handlarzy trzeba było zapłacić 15 groszy - tyle, co za 3-4  kury.

Co ciekawe, jeszcze trudniej w owych czasach było o kąpiel w Amsterdamie, gdzie działała ledwie jedna publiczna łaźnia! Ironią losu jest zatem, że to nie Holendrzy, a Polacy wnieśli jeden z najsławniejszych symboli do światowego panteonu brudu. Chodzi o kołtun polski, znany w całym cywilizowanym świecie pod łacińska nazwą plica polonica. Ów kłębek brudnych, sfilcowanych i zarobaczonych włosów był pierwotnie atrybutem chłopa. Szybko jednak moda upowszechniła się w Europie, a jej propagatorem i praktykiem był między innymi król duński Christian IV.

Obyczaj pozostawiania kołtuna wywiedli Polacy od plemion germańskich, bynajmniej nie z przyczyn estetycznych, ale z przesądu, jakoby usunięcie go narażało człowieka na choroby i opętanie. Choć kampania zwalczania kołtunów rozpoczęła się już w połowie XIX wieku, jeszcze przed wojna można go było bez trudu spotkać na wsi małopolskiej. Świetnie zachowany 1,5-metrowy kołtun pochodzący z XIX wieku oglądać można w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Z potrzebą do kominka

Przeczulenie Francuzów wobec holenderskiego brudu jest  mocno na wyrost, jeśli wziąć pod uwagę, że w tym samym czasie prawie w żadnym z zamków nad Loarą nie było miejsc ustronnych.

- Nic dziwnego, że polscy magnaci bywali zgorszeni widząc, że zwykłą sprawą na francuskich dworach jest załatwianie potrzeb na korytarzach, czy w kominku – mówi dr Dąbrowski. - Dotyczyło to obojga płci. Wędrujący dwór królewski, gdy smród stawał się nie do wytrzymania, po prostu przenosił się do kolejnego zamku.

W XVII wieku na nowo czystość stała się cnotą. Ale bynajmniej nie za sprawą wody. Do sprawdzonych metod utrzymywania czystości, takich jak pudry i otręby (niezastąpione w czyszczeniu włosów) doszła troska o bieliznę. Sam bajkopisarz Perault podkreślał, że czystość bielizny warta jest więcej niż wszystkie kąpiele świata. Zważywszy, że do tej pory w wielotygodniowe podróże nie zabierano często nawet zapasowego kompletu bielizny, był to znaczący postęp.

Europa zaczęła pławić się w śnieżnej bieli licytując na kryzy i kołnierze. Nie był to jednak dostateczny powód, aby sięgać po szkodliwe mydło. O ile stany wyższe mogły pozwolić sobie na bieliźniarskie fanaberie, biedota w całej Europie pogrążona była w otchłani brudu. Chcąc nie chcąc, nawet magnaci musieli zetknąć się z nią podczas podróży, w gospodach. Te cieszyły się bardzo ponurą sławą głownie z powodu przerażającego zarobaczenia. Na tym tle stosunkowo dobrą marką cieszyły się gospody włoskie, gdzie – choć powszechna zmorą był świerzb - po naleganiach można było doprosić się nawet czystej pościeli. Jeden z podróżników przeciwstawia je gospodom niemieckim, gdzie po długich naleganiach przyniesiono mu prześcieradła rzekomo czyste, „bo spała na nich jedynie 90-letnia staruszka”.


Świeży powiew z Anglii 

Wiek Oświecenia przyniósł co prawda poprawę, ale nie radykalną. Bez wątpienia jednak cuchnęło podówczas mniej, ponieważ upowszechniły się perfumy.

- To właśnie przeciwdziałanie powszechnemu odorowi było w owych czasach podstawową funkcja perfum – zaznacza dr Dąbrowski.

Nieodłącznym elementem wyposażenia człowieka kulturalnego były torebeczki zapachowe umieszczane pod kaftanami lub w fałdach sukien. W razie dolegliwości zdrowotnych można było skorzystać ze starej dobrej receptury i podmienić saszetkę na puzderko z bardzo uniwersalnym lekiem – głowami pająków.

Dopiero jednak nowe założenia urbanistyczne XIX wiecznych miast i coraz nowoczesna sieć wodociągowa przynosi realny postęp. Do języka potocznego wchodzi termin „higiena”. W miastach upowszechnia się wanna, a nawet bidet. Przykład idzie z góry – czyściochem jest Napoleon, a w angielskich salonach pojawia się nowy typ świeżo pachnącego dżentelmena. Nic dziwnego, że upowszechnienie spłukiwanego wodą klozetu to brytyjski wkład w cywilizacyjny postęp.

Inny ważny wynalazek – papier toaletowy ludzkość zawdzięcza Niemcowi – Hansowi Klenkowi, który wybawił nas po tysiącleciach od konieczności używania liści, mchu i słomy. Jaka ulga!


Czystość płynie z colą

Czystość w dzisiejszym tego słowa rozumieniu to pomysł świeży i bynajmniej nie europejski. Wraz z amerykańskim stylem życia., hamburgerami i coca-colą przybył zza oceanu. Tam sprzyjało mu zarówno purytańskie umiłowanie wszelkiej czystości, jak i nowoczesne technologie budowlane.

W przeciwieństwie do Europejczyków, Jankesi nieufnie podchodzili do wanny, preferując prysznic, dzięki któremu nie trzeba „taplać się we własnych brudach”. Czystość stała się za oceanem jedną z przepustek do sukcesu, przykry odór zarezerwowany był dla nieudaczników.

Choć dziś różnice zanikły, to jeszcze pół wieku temu przeciętny Europejczyk żył w innej higienicznej epoce niż jego kuzyn z Ameryki. Codzienna kąpiel na Starym Kontynencie wdawała się przesadnym zbytkiem – kultywowany był raczej rytuał kąpieli sobotniej, podczas której z zagotowanej wody korzystała po kolei cała rodzina.

W ocenach dziejowych zmagań człowieka z brudem warto jednak zachować właściwy dystans, a czasem zwyczajnie zatkać nos. Wszak to, co dobre i piękne nie zawsze musi pachnieć fiołkami. Niejaki Eugene Chevreul, profesor chemii, niezwykle zasłużony dla mydlarstwa, gardził mydłem jako substancją niszczącą naskórek, przez całe życie używając do mycia wyłącznie ciepłej wody. I tak przez 103 lata.
Zrodlo  : Swiat Zdrowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz